BOLDER THAN EVER. Powered by age. Prawdziwa odwaga zaczyna się po 40-stce.

„Bolder Than Ever” to opowieść o kobietach, które nie boją się mówić własnym głosem, stawiać granic i wybierać siebie - bez przepraszania i bez potrzeby spełniania cudzych oczekiwań. Kampania pokazuje, że po czterdziestce nie kończy się odwaga - ona dopiero nabiera prawdziwego znaczenia.

 

Jeśli masz 26 minut
Lifestyle

Spis treści


    KATARZYNA BARCZYK-MATKOWSKA

    Z wykształcenia filolożka polska, autorka i przedsiębiorczyni. Swoją przygodę ze słowem zaczynałam od tworzenia bloga poświęconego feminizmowi. Wspieram piszące kobiety tak, by mogły odzyskać swój własny pisarski głos.

    Kiedy po raz pierwszy poczułaś, że naprawdę stoisz po swojej stronie?

    Katarzyna Barczyk-Matkowska: Myślę, że stało się to wbrew pozorom całkiem niedawno, kiedy zdecydowałam się, że chcę żyć z pisania i chcę tworzyć. To była decyzja o tym, że chcę więcej twórczości w moim życiu.

    Czym dla Ciebie jest kobieca mądrość i jak objawia się w codziennym życiu?

    Kasia: Myślę, że kobieca mądrość to jest coś, co nazywa się powszechnie intuicją. A objawia się tym, że w codziennym życiu zbieramy doświadczenia różnych bliskich nam kobiet: prababć, babć, mam, sióstr, ciotek, przyjaciółek. Dzięki temu mamy wgląd w ich doświadczenia, zyskujemy dostęp do jakiegoś spektrum wiedzy, dzięki któremu czujemy, jakie decyzje możemy podjąć, jak postąpić i co jest dla nas lepszym albo gorszym wyborem. Nie zawsze może z tego korzystamy, ale mamy taki rezerwuar wiedzy.

    Czy z wiekiem łatwiej jest Ci mówić „nie” i dlaczego to słowo bywa tak wyzwalające?

    Kasia: W byciu dorosłym wspaniałe jest to, że z wiekiem łatwiej jest mówić „nie”, bo człowiek po prostu wie, czego chce. To bardzo wyzwalające, że nie na wszystko trzeba mieć ochotę i że nie we wszystkim trzeba uczestniczyć. Można sobie wybierać te sfery życia, które są dla nas najważniejsze, które są mniej ważne, na czym nam zależy i to jest bardzo przyjemne w byciu dorosłym człowiekiem.

    Jakie doświadczenie życiowe najbardziej zmieniło Twoje spojrzenie na samą siebie?

    Kasia: Banalnie odpowiem, że był to poród – bo to nie tylko narodziny dziecka, ale także kobiety jako matki. To doświadczenie graniczne, transformujące i ja wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę ze swojej siły. Bycie mamą to możliwość spojrzenia na świat z innej perspektywy i pozwala zobaczyć świat na nowo. To jest tak duża zamiana, że może nas nauczyć również tego, żeby dać sobie przyzwolenie na to, by się od siebie odpieprzyć i uznać się za wystarczającą we wszystkich aspektach życia.

    Jak postrzegasz dziś swoje życie zawodowe w kontekście spełnienia i sensu?

    Kasia: Bardzo lubię ten etap, na którym jestem teraz, ale on nie byłby możliwy, gdyby nie poprzednie doświadczenia w tym prowadzenie rodzinnego biznesu, czy też rozwijanie przez lata bloga. Myślę, że każdy z tych etapów miał swoje dobre momenty, które bardzo doceniam z perspektywy czasu. Bo po prostu ta droga nie zawsze jest taka prosta. Są zawody, które wybieramy bardzo szybko i wiemy, jaka jest droga do pokonania, by np. zostać lekarką, a są zawody, gdzie to szukanie odpowiedniej ścieżki trwa troszkę dłużej. I to nie jest taka prosta droga np. do bycia pisarką, ale warto do tego dążyć, jeżeli to nam daje spełnienie. Myślę też, że dobrze jest choć odrobinę lubić swoją pracę, bo spędzamy w niej bardzo dużo czasu.

    Co Ci sprawia największą frajdę?

    Kasia: Teraz pisanie. Jestem bardzo podekscytowana, bo na wiosnę ukaże się moja książka i to będzie debiut non-fiction, a już pracuję nad powieścią. To mnie kręci, napędza do działania i jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, że piszę książki. I mam nadzieję, że również czytelniczki i czytelnicy będą zadowoleni z tego, co im zaproponuję.

    Co powiedziałabyś dziś 20-letniej wersji samej siebie?

    Kasia: Uspokój się - to bym powiedziała. Wszystko będzie dobrze. Powiedziałabym sobie mającej 20 lat, że warto eksperymentować, odkrywać świat, poznawać ludzi, podróżować, jeśli tylko to możliwe. Być po prostu w pełni tam, gdzie się jest, jak się ma 20 lat. I żeby zaufać sobie i sobie powiedzieć, że będzie dobrze. Że wszystko się poukłada tak, jak sobie zaplanujesz, i że nie na wszystko masz wpływ. I że takie jest życie właśnie... polega na poznawaniu ludzi - dobrych, złych, cudownych, okropnych - że to wszystko nas tworzy i potem daje spójną opowieść o nas samych i tworzy naszą historię.

    LAMIA SUN

    Lamia Sun to artystka, o filigranowej sylwetce i głosie dwumetrowego kulturysty. W wieku 33 lat trafiła przypadkiem na warsztaty muzyczne. Tam zrozumiała jedno: to jedyna droga, którą chce iść!

    Lamia, co w Tobie samej najbardziej Cię zaskoczyło – lub zaskakuje – wraz z upływem lat?

    Lamia Sun: Myślę, że zaskakuje mnie moje niewyczerpane źródło szaleństwa, które pączkuje pod kilogramami dredów. Czasem ilość tych pomysłów bywa wręcz gargantuiczna do tego stopnia, że sama potrafię się w nich pogubić.

    Jak rozumiesz dziś pojęcie wolności i czy różni się ono od tego, czym była dla Ciebie kiedyś?

    Lamia: Zawsze byłam wolnym duchem, ale długo moją wolność ograniczała myśl, co ludzie powiedzą. Dziś jest inaczej – wolność to dla mnie odwaga, żeby po prostu być sobą. Na maksa.

    Czy dojrzałość przyniosła Ci więcej spokoju, czy więcej odwagi do bycia sobą?

    Lamia: A kto powiedział, że w ogóle jestem dojrzała? Bo na pewno nie mój tato ani mój mąż. Nigdy nie byłam. I właśnie ta moja niedojrzałość daje mi całą masę pomysłów – czerpię z niej garściami.

    Jakie przekonanie o sobie musiałaś porzucić, aby stać się silniejszą?

    Lamia: Musiałam porzucić przekonanie, że trzeba koniecznie wpasowywać się w jakieś normy, to jest w nas wdrukowywane od szkoły podstawowej. Schabowy w niedzielę, garsonka i praca od 8 do 17 są okej—tylko, że to po prostu nie jest dla mnie.

    Jak patrzysz dziś na swoją drogę zawodową jako element większej życiowej opowieści?

    Lamia: Moja droga zawodowa to w zasadzie bajka o Śpiącej Królewnie. Nie miałam zielonego pojęcia, że moją ścieżką stanie się muzyka. Obudziłam się ze snu w wieku 33 lat – i dopiero wtedy znalazłam swój cel.

    Co powiedziałabyś dziś 20-letniej wersji samej siebie?

    Lamia: Powiedziałabym jej: Twoje szaleństwo jest Twoją zaletą. Nie temperuj się, żyj odważnie. Kup ziemię w Bieszczadach, zakładaj 10 kilogramów biżuterii i wyglądaj jak Mr. T. Dopóki nikogo się nie krzywdzi, naprawdę można żyć tak, jak się chce.

    Jakbyś tak mogła popatrzeć na siebie – lubisz siebie bardziej teraz, czy na przykład 10 lat temu?

    Lamia: Zdecydowanie bardziej lubię siebie teraz. Odnalazłam swój cel i jestem sobą – naprawdę. Przełamałam strach i przestałam się przejmować tym, co ludzie powiedzą. Kiedyś mnie to paraliżowało. Ta cała „pani bukietowa”, standardy, biała bluzka– to nigdy nie byłam ja. Odkąd odkryłam muzykę, zobaczyłam, że w tym jest metoda: im bardziej jestem sobą, tym bardziej inni mnie akceptują. I już tego nie zmienię. Nigdy nie wrócę na tamtą ścieżkę. Zdecydowanie wolę siebie teraz – i nie zamieniłabym tych lat na żadne inne.

    MARTA KONCEWOJ

    Ma 45 lat i uwielbia swój wiek. Jest żoną i mamą 3 dzieci, wspaniałej dorosłej już córki i dwójki małych chłopców. Ma za sobą 26 lat kariery w balecie.Od 20. roku prowadzi agencję ślubną, a poza tym projektuje kostiumy do spektakli baletowych w Polsce i za granicą.

    Patrząc na swoją drogę zawodową i osobistą – co uznajesz za swój największy sukces?

    Marta Koncewoj: W życiu prywatnym zdecydowanie moje dzieci i to, że udało mi się zbudować rodzinę. Kiedy miałam dziewiętnaście czy dwadzieścia lat, dopiero zaczynałam karierę baleriny i kompletnie nie wyobrażałam sobie, że będę mamą trójki dzieci. Marzyłam o jednym dziecku, maksymalnie dwojgu. Tymczasem życie napisało zupełnie inny scenariusz. Dziś wiem, że to największy dar, jaki mogłam dostać. Ogromnym sukcesem jest dla mnie także to, że potrafię łączyć macierzyństwo z życiem zawodowym. To wymaga nieustannej organizacji, energii, cierpliwości i pokory. Wychowanie dzieci, zapewnienie im stabilności, miłości i dobrego startu w życie to codzienna praca, której efektów nie zawsze widać od razu, ale która ma ogromny sens. Zawodowo trudno wskazać jeden moment, bo całe moje życie było zbudowane z małych zwycięstw – każdej roli, każdego wyjścia na scenę, każdego przekroczenia własnych ograniczeń. Jeśli jednak miałabym nazwać jedno przełomowe doświadczenie, byłoby nim odnalezienie nowej pasji po zakończeniu kariery baletowej. Balet wypełnia życie tancerza w stu procentach i odejście z niego to jak zamknięcie bardzo intensywnego rozdziału. Udało mi się stworzyć dla siebie nową ścieżkę, w której nadal czuję sens, radość i rozwój. Jestem z tego naprawdę dumna.

    Co powiedziałabyś dziś 20-letniej wersji samej siebie?

    Marta: Powiedziałabym jej Stara, uwierz mi, potańczysz dłużej, bo będzie ci mało. Kiedy miałam dwadzieścia lat, byłam przekonana, że zakończę karierę w wieku trzydziestu pięciu lat. Wydawało mi się, że to bardzo odległa przyszłość. Tymczasem czas minął błyskawicznie, a ja w wieku trzydziestu pięciu lat wcale nie czułam, że powiedziałam baletowi wszystko. Tańczyłam prawie do czterdziestki piątki. Powiedziałabym więc: nie planuj końca zbyt wcześnie. Jeśli coś kochasz i daje ci to sens, to trzymaj się tego tak długo, jak długo czujesz ogień w środku. I nie bój się, że coś trwa „za długo”. Czasem właśnie to, co wydaje się nadprogramowe, okazuje się najważniejsze.

    Czym jest dla Ciebie dziś bycie najlepszą wersją siebie?

    Marta: Kiedyś było to dla mnie niemal jednoznaczne z perfekcją. Z idealnie przygotowanym ciałem, doskonałą techniką, ciągłym dążeniem do tego, by być lepszą niż wczoraj. Scena była centrum świata. Dziś najlepsza wersja mnie to ktoś, kto potrafi zachować równowagę. Kto nadal się rozwija, ale jednocześnie umie odpuścić. Kto dba nie tylko o ambicje, ale też o relacje, rodzinę, siebie samą. To także umiejętność bycia wdzięczną za to, co już mam: kochającego męża, dzieci, dom, stabilność. Najlepsza wersja mnie to dziś osoba bardziej spokojna, świadoma i życzliwa – również wobec siebie.

    Jaką siłę odkryłaś w sobie po czterdziestce?

    Marta: Odkryłam, że nie jestem zależna wyłącznie od jednej roli życiowej. Przez lata byłam przede wszystkim baleriną. Kocham moje życie, kocham mój zawód, to jest moja absolutna pasja. Teraz widzę jednak, że jestem znacznie kimś więcej. Nauczyłam się, że mam prawo mówić „nie”, że mogę mieć własne zdanie i że nie muszę wszystkiego znosić w ciszy. W środowisku baletowym często uczy się, by nie mówić o zmęczeniu, bólu czy niesprawiedliwości. Teraz uczę się stawiania granic. I to daje mi ogromne poczucie wewnętrznej siły.

    Czy dojrzałość bardziej nauczyła Cię odwagi czy akceptacji? A może tego i tego.

    Marta: Dojrzałość na pewno nauczyła mnie pewnego rodzaju akceptacji. Ciała, wieku, zmian, które są nieuniknione. Dla tancerki to wyjątkowo trudne, bo ciało zawsze było narzędziem pracy i podlegało ciągłej kontroli. Uczę się patrzeć na siebie z większą łagodnością. Widzieć w zmieniającym się ciele nie stratę, ale historię. A wraz z tą akceptacją pojawia się też odwaga – by mówić głośniej o swoich potrzebach, doświadczeniach i granicach. I to samo łączy się z odwagą wyrażania siebie, że mamy coś do powiedzenia, może trochę więcej.

    Jaką rolę w Twoim życiu odegrały porażki?

    Marta: Nie myślę o swoim życiu w kategoriach porażek. Raczej w kategoriach drogi. Każdy etap, nawet trudny, był potrzebny. Czasem coś mogłam zrobić inaczej, lepiej, mądrzej - ale wtedy robiłam najlepiej, jak potrafiłam. Wszystkie decyzje zaprowadziły mnie dokładnie tutaj. A skoro dziś czuję spokój i wdzięczność, to znaczy, że ta droga miała sens.

    KAMILA SZCZAWIŃSKA

    Mama trojga dzieci, psycholog i psychoterapeutka w trakcie szkolenia. Modelka od 25 lat.

    Kampania „Bolder Than Ever” celebruje kobiecość w każdym wieku. Co dziś oznacza dla Ciebie bycie odważną w codziennym życiu?

    Kamila Szczawińska: Dla mnie odwaga to przede wszystkim umiejętność mówienia „nie” i dbania o swoje potrzeby. Nauczyłam się, że żeby móc dawać siebie innym muszę zadbać o siebie, bo zabraknie mi sił. Małymi krokami zaczęłam robić rzeczy dla siebie bez wyrzutów sumienia.

    Jak zmieniła się Twoja relacja ze swoim wyglądem i stylem od początku kariery do dziś?

    Kamila: Moja relacja z wyglądem była bardzo trudna, bo przez większość mojego dzieciństwa i wczesną dorosłość skupiałam się na swoich niedoskonałościach. Od dziecka słyszałam o nich od innych ludzi i przez ich pryzmat patrzyłam na swoje ciało. Ogarnia mnie smutek, że wiele lat marnowałam na myślenie co mogłabym mieć lepszego, a jak z perspektywy czasu patrzę na zdjęcia z tamtych lat to widzę piękną, młodą dziewczynę i jest mi przykro, że pozwoliłam na to by inni mieli wpływ na to co myślę o sobie. Kilka lat temu rozumiałam, że wygląd to tylko jedna ze składowych i w momencie kiedy zajęłam się innymi obszarami w moim życiu, nagle przestał mieć takie znaczenie.

    Co daje Ci największą pewność siebie – w modzie, w pracy czy w życiu prywatnym?

    Kamila: Myślę, że łatwa adaptacja do nowych warunków. Wiem, że potrzebuję bardzo krótkiego czasu, aby odnaleźć się w nowych warunkach.

    Czy jest jakiś moment w Twoim życiu, który szczególnie ukształtował Twoją siłę i niezależność jako kobiety?

    Kamila: Było kilka takich momentów. Po pierwsze narodziny moich dzieci- ukształtowały siłę, bo uważam że mamy dźwigają dużo, często za dużo, po drugie rozpoczęcie kariery w modelingu, po trzecie poczucie niezależności finansowej, po czwarte skończenie studiów psychologicznych i rozpoczęcie szkoły psychoterapii i na koniec poczucie tego, że jak skończę pracę w modelingu to zawsze będę miała drugi zawód i będę mogła pracować.

    Jak definiujesz pojęcie „miłość do siebie” i jak praktykujesz ją na co dzień?

    Kamila: Trochę odpowiedziałam już w pierwszym pytaniu, bo przede wszystkim dbam o swoje potrzeby. Kiedyś były na końcu, a teraz są na początku lub na równi z potrzebami dzieci. Żeby mieć siłę ogarniać to wszystko muszę trenować, rozwijać się i wyjeżdżać na babskie wyjazdy.

    Jaką radę dałabyś kobietom po 40., które czasem boją się pokazywać siebie takim, jakimi naprawdę są?

    Kamila: Sprawdziłabym najpierw z czego ten lęk wynika i zaopiekowała się nim. Jak zrozumiemy czego się boimy, to łatwiej nam wprowadzać zmiany, wyrażać emocje i uczucia.

    MARTA SINIŁO

    Stylistka, projektantka mody z wykształcenia. Mama dwóch chłopców, pozytywna, kreatywna wariatka.

    Jak udaje Ci się łączyć życie zawodowe, pasję do mody i bycie mamą - co daje Ci poczucie siły i niezależności?

    Marta Siniło: Myślę, że czas jaki zajmuje się modą i moje doświadczenie zawodowe są tu kluczowe. Moda była moją pasją od zawsze, zanim zostałam mamą. Jak w nią wpadam przenoszę się w inny świat. Zapominam o wszystkim, również o życiu prywatnym. Nauczyłam się przełączać te tryby jak biegi w samochodzie. Ale pasja, wiedza, doświadczenie to mi daje tą siłę i drive do działania. Ciągły głód wiedzy i kontaktu z ludźmi również!

    Kampania „Bolder Than Ever” celebruje dojrzałość i akceptację siebie. Jak Ty dziś postrzegasz swoje ciało i swoje doświadczenia?

    Marta: Ojej przez moje ciało przetoczyło się tornado! Dwie ciąże, złamania i kontuzje przez sporty ekstremalne, różne doświadczenia sprawiły że zaczęłam bardzo doceniać to ciało. Kochać je w sposób taki namacalny, fizyczny. Cieszę się że daje radę, doceniam je bardzo, uwielbiam swoją fizyczność.

    Jakie wyzwania nauczyły Cię najbardziej cenić siebie i swoje decyzje jako kobiety i matki?

    Marta: Duże projekty, świetne i kuszące propozycje, pozwalające rzucić wszystko i zająć się tylko tym. Umiejętność pogodzenia właśnie jednego z drugim. Największym wyzwaniem było dla mnie łapanie równowagi między szalonym światem mody a spokojnym pełnym troski i miłości życiem rodzinnym.

    Moda to Twoja codzienność – w jaki sposób styl pomaga Ci wyrażać siebie i swoją osobowość?

    Marta: Stawiam na spontaniczność, a nie zastanawianie się codziennie rano co zakładam na siebie. Stawiam w stu procentach na intuicję, bo to gwarancja sukcesu w wyrażaniu samej siebie

    Co powiedziałabyś młodszej sobie, tej sprzed lat, wiedząc to, co wiesz teraz o sobie i swoim życiu?

    Marta: Nie jest ważne jeśli coś się popsuje, czy nie uda, Trzeba iść do przodu i tak zrobić tak, żeby było dobrze.

    Jaką radę dałabyś kobietom, które boją się być odważne, niezależne i pokazać siebie w pełni?

    Marta: Nie ma na co czekać, często sobie mówię w głowie „ świat nie będzie czekał” albo „jutra nie będzie”. Także nie czekajcie, działajcie.

    ILONA WROŃSKA

    Polska aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. Szerokiej publiczności znana jest przede wszystkim z ról w popularnych serialach, w których od lat tworzy wyraziste i wiarygodne kreacje. Ceniona jest za autentyczność i emocjonalną prawdę

    Kampania „Bolder Than Ever” mówi o odwadze bycia sobą w dojrzałości. Co dziś oznacza dla Ciebie bycie „odważniejszą niż kiedykolwiek”?

    Ilona Wrońska: Odważniejsza niż kiedykolwiek to dla mnie proces, do którego często dochodzi się latami. Aż w końcu przychodzi moment odwagi, którego nie da się już zatrzymać – zrzucenie blokad typu „co ktoś sobie o mnie pomyśli”, łamanie struktur, wychodzenie ze schematów. To się po prostu czuje: tę zgodę w sobie na zmianę.

    Jak na przestrzeni lat zmieniła się Twoja relacja z własnym ciałem i wyglądem? Czy jest coś, co dziś akceptujesz łatwiej niż kiedyś?

    Ilona: Relacja z własnym ciałem zmienia się przez całe życie. Często bywa zaburzona, gdy ciało zmienia się po ciąży i porodzie. Potem przychodzi etap powrotu do tego, co było „przed”, ale nagle okazuje się, że nie do końca jest to możliwe. Zaczyna się więc praca nad akceptacją upływu czasu i zmienności, która dotyczy każdego z nas. Najtrudniej jest złamać w sobie granicę perfekcji i doskonałości, do której się dąży, bo gdy dojdziesz do jakiegoś punktu wyobrażeń o swoim ciele i wyglądzie, ta granica znów się przesuwa. Czasem, patrząc na zdjęcia sprzed 10 lat, człowiek pyta sam siebie: „Co ty, dziewczyno, wtedy od siebie chciałaś? Czemu coś ci nie pasowało, skoro było dobrze?”. I wtedy pojawia się myśl, że może teraz też jest dobrze. Warto się nad tym głębiej zastanowić i zadać sobie pytanie, czy to, co w środku, nie jest ważniejsze niż to, co na zewnątrz. Jestem pewna, że kiedy zbudujemy siebie od środka, nasza zewnętrzna powłoka też stanie się dla nas piękna. Przestaniemy martwić się ciałem i jego dojrzałością, a zaczniemy je szanować za to, co przeszło i że nadal nam służy.

    Jakie doświadczenia życiowe najbardziej ukształtowały Twoje poczucie własnej wartości i sprawiły, że czujesz się silniejsza jako kobieta?

    Ilona: Myślę, że nadal jestem w procesie budowania siły w sobie. Jednak na tym etapie życia jest to bardzo odczuwalny i dynamiczny proces – skupiania uwagi na sobie, swoich potrzebach i marzeniach.

    Co powiedziałabyś młodszej sobie – tej sprzed 20 lat – z perspektywy dzisiejszej wiedzy i dojrzałości?

    Ilona: Powiedziałabym: odpuść, dziewczyno. Nie zaplanujesz wszystkiego. Daj się prowadzić losowi. Uwierz, że wszechświat postawi na twojej drodze ludzi i wydarzenia, które są potrzebne do twojego doświadczania życia. Są rzeczy, na które nie masz wpływu. Nie miej oczekiwań.

    Biżuteria bywa symbolem emocji, wspomnień i ważnych momentów. Czy masz taki osobisty element biżuterii, który niesie dla szczególne znaczenie?

    Ilona: Biżuteria jest dla mnie ważna. Zwykle z jakiegoś miejsca na świecie, w którym jestem, przywożę coś, co traktuję jak talizman. Lubię też otaczać się kamieniami – szczególnie bursztynem. To co prawda nie do końca kamień, ale kojarzy mi się z moim miejscem urodzenia, dlatego jest dla mnie wyjątkowy. Przywiązuję się do swoich ozdób, także tych otrzymanych od kogoś. Ważne są dla mnie również kolory biżuterii: niebieska i zielona obrączka, miedziane tensory wyrównujące energię, które noszę z konkretną intencją, oraz różne „czarodziejskie” elementy. Nie zawsze tak było. Biżuterię polubiłam w pewnym momencie życia i dziś właściwie się z nią nie rozstaję. Do snu zdejmuję jednak wszystko, bo uważam, że przyciąga różne energie, których niekoniecznie chcę zabierać ze sobą do łóżka. Często też ją myję i wystawiam na chwilę na słońce, żeby ją odpowiednio „naładować”. To takie moje małe, ważne rytuały.

    Jaką jedną radę dałabyś kobietom po czterdziestce, które wciąż odkładają siebie na później?

    Ilona: Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć coś zupełnie nowego. Ale to wymaga działania – żeby coś zacząć, trzeba po prostu zacząć.

    ANNA OPONCZEWSKA

    Pani od PRu z zawodu, marzycielka z wyboru. Mama wspaniałej Zuzy. Kocha tatuaże, piercing, bullterriery i lody pistacjowe.

    Twój profil na Instagramie pokazuje ogromną mądrość, lekkość i radość z życia. Co dziś daje Ci największe poczucie wolności i sprawia, że czujesz się „bolder than ever”?

    Anna Oponczewska: Największą wolność daje mi dziś brak potrzeby rywalizacji. Nie muszę już z nikim się ścigać, nie mam potrzeby niczego udowadniać ani światu, ani sobie. Zrozumiałam, że życie nie jest konkursem, tylko opowieścią - a ja mam wpływ na to, jak ją napiszę. Ogromną ulgę przyniosło mi też porzucenie pytania: „Co inni pomyślą?”. Ono potrafi być najcięższym łańcuchem. Kiedy przestajesz je nosić, zaczynasz oddychać pełną piersią. Czuję się „bolder than ever”, bo jestem bliżej siebie niż kiedykolwiek wcześniej. A życie naprawdę staje się piękne, kiedy przestajesz grać w nim rolę i zaczynasz je reżyserować.

    Moda to dla Ciebie forma ekspresji. Jak zmienił się Twój styl na przestrzeni lat i co dziś jest dla Ciebie w nim najważniejsze?

    Ania: Mój styl dojrzewał razem ze mną. Kiedyś był bardziej poszukiwaniem - testowaniem, sprawdzaniem, flirtowaniem z trendami. Dziś jest deklaracją. Nie interesuje mnie naśladowanie ani wpisywanie się w czyjeś estetyczne ramy. Najważniejsze jest dla mnie to, by nie udawać. Moda stała się dla mnie językiem wolności. Lubię iść pod prąd, łamać konwenanse, bawić się kontrastem. Mam w sobie buntownika, który nie znosi szufladek. Styl to dla mnie nie tylko ubrania – to postawa. A postawa zawsze powinna być autentyczna.

    Podróże zajmują ważne miejsce w Twoim życiu. Czy są miejsca, które szczególnie wpłynęły na Twoje postrzeganie siebie jako kobiety?

    Ania: Podróże nauczyły mnie przede wszystkim wdzięczności. Uświadomiły mi, jak wielkim przywilejem jest możliwość życia w zgodzie ze sobą, w swoim rytmie, w swojej prawdzie. Nie każda kobieta na świecie ma tę wolność. Afryka nauczyła mnie pokory wobec natury i siły wspólnoty. Włochy - celebracji codzienności i zmysłowości życia. Azja powoli otwiera we mnie przestrzeń ciszy i uważności. Ale prawda jest taka, że świat widzi nas tak, jak my widzimy siebie. Jesteśmy dla innych lustrem. Jeśli patrzę na siebie z akceptacją, odbicie w oczach świata też staje się łagodniejsze.

    Jak dziś definiujesz kobiecość i czy to pojęcie zmieniło się dla Ciebie wraz z wiekiem?

    Ania: Kobiecość jest dla mnie czymś absolutnie subiektywnym. Nie ma jednej definicji, jednego wzorca, jednej formy. To energia, która może być delikatna albo dzika, cicha albo głośna, klasyczna albo nieoczywista. Z wiekiem przestałam próbować ją definiować. Bardziej ją czuję. Kobiecość to dla mnie swoboda bycia sobą - bez konieczności dopasowywania się do cudzych oczekiwań. „De gustibus non est disputandum” - o gustach się nie dyskutuje. I o kobiecości również nie powinno się.

    Czy masz swoje małe rytuały lub sposoby, które pomagają Ci budować relację z samą sobą i wzmacniać poczucie własnej wartości?

    Ania: Mam szczęście, że od zawsze lubię siebie. To ogromny dar, który zawdzięczam moim dziadkom i mamie - zaszczepili we mnie poczucie wartości o mocnych fundamentach. Dzięki temu nie muszę go budować od zera, raczej pielęgnuję to, co już jest. Moje rytuały są proste, ale bardzo moje: koreańskie maseczki, filiżanka matchy, lody pistacjowe, dobra książka albo podcast. To momenty, w których wracam do siebie. W świecie, który pędzi, takie chwile są jak kotwica.

    Jaką wiadomość chciałabyś przekazać kobietom po 40. i 50., które boją się odważnych decyzji - w modzie, podróżach i życiu?

    Ania: Zaufaj swojej intuicji. Ona wie więcej, niż ci się wydaje. Im bardziej jej ufasz, tym bardziej spójne i zintegrowane staje się twoje życie. Nie bój się tego, czego nie znasz. Często to, co nowe, okazuje się bezpieczniejsze niż to, w czym tkwimy z przyzwyczajenia. Odwaga nie polega na braku strachu, ale na decyzji, że nie pozwolisz mu decydować za siebie. Po czterdziestce czy pięćdziesiątce nie zaczyna się koniec - zaczyna się wolność. A wolność to najpiękniejsza forma dojrzałości.

    AGNIESZKA JAŃCZYK

    Agnieszka Jańczyk - 47 lat, z zawodu makijażystka. Z branżą beauty jest związana od ponad 20 lat. Jest ogromną optymistką, uwielbia zmiany i różnorodność w swojej pracy.

    Co zmieniło się w Tobie po czterdziestce, jeśli chodzi o poczucie własnej wartości i odwagę w wyrażaniu siebie?

    Agnieszka Jańczyk: Na pewno mam więcej pewności siebie, lubię siebie i akceptuję wszystkie wady, potrafię więcej odpuszczać i nie wymagać od siebie, żeby być perfekcyjną we wszystkim. Jestem bardziej stanowcza, mniej przejmuję się opinią innych osób, znam swoje wartości i nie boję się mówić o moich odczuciach, uczuciach i emocjach. Zdałam sobie sprawę, że jest to bardzo uwalniające dla mnie samej. Znam swoją wartość.

    Kiedy poczułaś, że naprawdę zaczęłaś żyć na własnych zasadach?

    Agnieszka: Poczułam, że mogę żyć na własnych zasadach wtedy, kiedy zaczęłam słuchać swojego ciała i duszy oraz mówić o rzeczach i sytuacjach, które nie są dla mnie komfortowe. Okazało się, że takie małe kroki dają ogromną siłę i oczywiście niezależność finansową, chociaż to akurat dla mnie zawsze miało ogromne znaczenie.

    Jak dziś definiujesz kobiecą siłę i pewność siebie - inaczej niż 10 czy 20 lat temu?

    Agnieszka: Żyjemy w czasach, kiedy wreszcie kobiety mają głos i są szanowane. Możemy osiągnąć wszystko, jeżeli tylko tego zapragniemy i zapracujemy na to. Jest mnóstwo cudownych kobiet, które dają sobie nawzajem wsparcie. Mamy odwagę poruszać tematy, które są niewygodne, walczyć o swoje i to daje siłę

    Co było dla Ciebie największym przełomem w drodze do zaakceptowania siebie taką, jaka jesteś?

    Agnieszka: Bardzo dużo w akceptacji siebie daje mi sport. Ja ćwiczę od prawie 20 lat i uważam, że jest to najlepsza inwestycja w siebie. Jeżeli chodzi o przełomy, to pewnie wiek, bo zmieniamy się z wiekiem. Chociaż powiem szczerze, że zawsze lubiłam siebie i raczej byłam wyrozumiała dla samej siebie, na pewno jestem osobą bardzo optymistyczną i znajdę światełko w każdej trudnej sytuacji. Mam wspaniałych rodziców, którzy są bardzo pogodni, a to przekazuje się w genach. Na pewno praca, którą kocham, pomogła mi w akceptacji siebie, bo jeżeli kocha się swoją pracę, to kocha się życie.

    W jaki sposób hasło „Bolder Than Ever” odzwierciedla Twój obecny etap życia?

    Agnieszka: Jestem osobą spełnioną, ale mam marzenia, oczywiście, i wyznaczam sobie cele. Uwielbiam, kiedy dużo się dzieje w moim życiu. Na pewno pomaga mi w tym moja praca makijażystki, bo pracuję ponad 25 lat w zawodzie i cały czas czuję wdzięczność i radość z każdego zlecenia. Jestem lubiana i doceniana, mam wspaniałą rodzinę i rodziców, spełniam swoje marzenia, mogę śmiało powiedzieć, że jestem szczęśliwa.

    Jaką wiadomość chciałabyś przekazać kobietom po 40., które dopiero zaczynają odkrywać swoją odwagę?

    Agnieszka: Ważne jest to, żeby docenić, co się ma. Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, kiedy mamy wszystko, co jest nam potrzebne do komfortowego życia, tylko nie potrafimy tego docenić. Nie warto porównywać się z innymi, bo każdy jest inny i ma inne potrzeby czy problemy. Bardzo ważne, żeby polubić, pokochać siebie i wybaczać sobie dużo. Otaczać się ludźmi, którzy są dla nas serdeczni. Stawiać na siebie, rozwijać się w różnych dziecinach i małymi krokami zmieniać to, co jest dla nas niekomfortowe oraz mówić głośno o tym, co nam nie służy. Zmiany w życiu są bardzo ważne, nawet jeżeli się ich boimy. I co najważniejsze, pamiętajmy, by traktować ludzi tak, jakbyśmy sami chcieli być traktowani.